Ano nie może...dlatego dzisiaj byłam z M u dermatologa wypalić kurzajkę. Babrała jej się strasznie, pękała, krwawiła, nie można było pozbyć się jej innym sposobem, niestety.
Wcześniej, zgodnie z zaleceniem pani dr, nałożyłam jej kilo maści emla, która miała jej znieczulić to miejsce. No i na początku zabiegu nic jej nie bolało. Ale chwilę później...masakra. M zaczęła krzyczeć z bólu, przestała w domu :(
No ma wyjątkowego pecha na prawdę. Tak mi jej żal, nie ma kwartału, żeby ona nie miała jakiegoś bolesnego zabiegu :/
Pani dr dała jej na pocieszenie lizaczka i naklejkę "Dzielny pacjent", a ja jej kupiłam na osłodę pączka-gniazko. A zaraz po przyjściu do domu daliśmy jej nurofen, żeby uśmierzyć ból.
Chyba zadziałał :)
No i znowu musze Was poprosić o trzymanie kciuków, żeby to cholerstwo się wypaliło doszczętnie, bo nie wyobrażam sobie powtórki z "rozrywki".
Blog o nas...naszej rodzince, naszym życiu, marzeniach. O spełnianiu tych marzeń, o walce z chorobą i życiu prawieżenormalnie mimo choroby, czyli z cukrzycą W TLE. O naszych podróżach i o naszej kuchni. Zapraszam do lektury :)
wtorek, 8 września 2015
piątek, 4 września 2015
Wszystko przez te wakacje.
Tak, Wszystko przez wakacje. No bo dlaczego one się tak szybko i znienacka skończyły?? Przez to nie zdążyłam kupić starszej nowego plecaka :P
Olśniło mnie w nocy z 30/31 sierpnia. Nie mogłam spać, siedziałam przy kompie i nagle styki mi się złączyły: plecak K! Na szczęście miała już wybrany, więc szybko zamówiłam na All żywiąc głęboką nadzieję, że dojdzie do 2 września.
Na drugi dzień K przypomniała, że również miałam jej zamówić nowy worek na WF, no to domówiłam do kompletu z plecakiem. No bo chyba się domyślacie, że obie te rzeczy MUSIAŁY być z kotem.
1 września mega upał był, 35 w cieniu, ale apel był krótki, na szczęście i o 9 rano, więc na boisku szkolnym był jeszcze cień.
K rozpoczęła klasę IV. Co za tym idzie ma nową wychowawczynię na kolejne 3 lata. Panią znam. Do subtelnych i empatycznych nie należy, delikatnie mówiąc. Ale dziecku nic nie mówiłam, co by jej nie uprzedzać. Po spotkaniu w klasie K panią oczarowana. Super!
Na drugi dzień obudziły mnie dzieci, bo ja nastawiłam sobie budzik na 7.30, ale na za tydzień...
Plecak nie dotarł, K poszła ze starym, miała lekcje z wieloma innymi nowymi nauczycielami. Przyszła do domu zachwycona! Zwłaszcza panem od WF, którego bała się najbardziej ( w ogóle go nie znając oczywiście), ale i pozostałymi nauczycielami. I na koniec jej przydługiego sprawozdania ze szkoły mówi tak:" wiesz co mamuś, nasz wychowawczyni jest miła, ale po dzisiejszym dniu muszę stwierdzić, że jest najmniej miłą z wszystkich nauczycieli"
No cóż.....myślę, że jej zdanie będzie się zmieniać wprost proporcjonalnie do ilości lekcji z wychowawcą, która również ma z nimi matematykę ;)
Młodsza, M bardzo się ekscytowała rozpoczęciem roku. Klasa III, a ona się stresowała tak, że przez 2 dni, równo z wybiciem 1 września, nie mogliśmy zapanować nad jej cukrami. Tak, emocje, czy to pozytywne, czy negatywne mają bardzo duży wpływa na poziom glikemii.
Cukry na poziomie 220 cały dzień w szkole. Po powrocie spadły. Myślę sobie, jest dobrze, stres minął, hiperglikemia też. Ale cieszyliśmy się niedługo, bo już po kolacji znowu 225 i tak cała noc.
Do końca nie mieliśmy pewności, że to stres- w cukrzycy nigdy nie ma takiej pewności. O 23 wymieniliśmy jej na śpiku wkłucie. Oczywiście się przebudziła, no bo miłe to nie jest. Ale ok, podaliśmy korektę i kolejne 2h czekania.
O 1 cukier bez zmian, postanowiliśmy dać kolejną korektę penem, żeby wykluczyć wadliwy sprzęt. Też się obudziła :( Po tej korekcie cukier spadł, ale tylko trochę. Czyli to nie wina sprzętu.
Na drugi dzień M wstała z cukrem ponad 170!. Dla mnie to szok był, bo ona rzadko taki miewa po posiłku. Cały dzień w szkole znowu ponad 200, ale po powrocie znowu niski i już do końca dnia w normie. Baliśmy się jednak z mężem cieszyć przed nocą. Na szczęście już było ok. I całą noc i rano też. No to ufffff :)
A jak Wasze dzieciaczki rozpoczęły nowy rok szkolny??
Olśniło mnie w nocy z 30/31 sierpnia. Nie mogłam spać, siedziałam przy kompie i nagle styki mi się złączyły: plecak K! Na szczęście miała już wybrany, więc szybko zamówiłam na All żywiąc głęboką nadzieję, że dojdzie do 2 września.
Na drugi dzień K przypomniała, że również miałam jej zamówić nowy worek na WF, no to domówiłam do kompletu z plecakiem. No bo chyba się domyślacie, że obie te rzeczy MUSIAŁY być z kotem.
1 września mega upał był, 35 w cieniu, ale apel był krótki, na szczęście i o 9 rano, więc na boisku szkolnym był jeszcze cień.
K rozpoczęła klasę IV. Co za tym idzie ma nową wychowawczynię na kolejne 3 lata. Panią znam. Do subtelnych i empatycznych nie należy, delikatnie mówiąc. Ale dziecku nic nie mówiłam, co by jej nie uprzedzać. Po spotkaniu w klasie K panią oczarowana. Super!
Na drugi dzień obudziły mnie dzieci, bo ja nastawiłam sobie budzik na 7.30, ale na za tydzień...
Plecak nie dotarł, K poszła ze starym, miała lekcje z wieloma innymi nowymi nauczycielami. Przyszła do domu zachwycona! Zwłaszcza panem od WF, którego bała się najbardziej ( w ogóle go nie znając oczywiście), ale i pozostałymi nauczycielami. I na koniec jej przydługiego sprawozdania ze szkoły mówi tak:" wiesz co mamuś, nasz wychowawczyni jest miła, ale po dzisiejszym dniu muszę stwierdzić, że jest najmniej miłą z wszystkich nauczycieli"
No cóż.....myślę, że jej zdanie będzie się zmieniać wprost proporcjonalnie do ilości lekcji z wychowawcą, która również ma z nimi matematykę ;)
Młodsza, M bardzo się ekscytowała rozpoczęciem roku. Klasa III, a ona się stresowała tak, że przez 2 dni, równo z wybiciem 1 września, nie mogliśmy zapanować nad jej cukrami. Tak, emocje, czy to pozytywne, czy negatywne mają bardzo duży wpływa na poziom glikemii.
Cukry na poziomie 220 cały dzień w szkole. Po powrocie spadły. Myślę sobie, jest dobrze, stres minął, hiperglikemia też. Ale cieszyliśmy się niedługo, bo już po kolacji znowu 225 i tak cała noc.
Do końca nie mieliśmy pewności, że to stres- w cukrzycy nigdy nie ma takiej pewności. O 23 wymieniliśmy jej na śpiku wkłucie. Oczywiście się przebudziła, no bo miłe to nie jest. Ale ok, podaliśmy korektę i kolejne 2h czekania.
O 1 cukier bez zmian, postanowiliśmy dać kolejną korektę penem, żeby wykluczyć wadliwy sprzęt. Też się obudziła :( Po tej korekcie cukier spadł, ale tylko trochę. Czyli to nie wina sprzętu.
Na drugi dzień M wstała z cukrem ponad 170!. Dla mnie to szok był, bo ona rzadko taki miewa po posiłku. Cały dzień w szkole znowu ponad 200, ale po powrocie znowu niski i już do końca dnia w normie. Baliśmy się jednak z mężem cieszyć przed nocą. Na szczęście już było ok. I całą noc i rano też. No to ufffff :)
A jak Wasze dzieciaczki rozpoczęły nowy rok szkolny??
środa, 26 sierpnia 2015
Wielka radość!
Jak łatwo się domyślić, radość ta jest spowodowana znalezieniem Mefiego :D
Tak, tak...... Syn wczoraj wracając od swojej Dziewczyny przypadkiem go zlokalizował. Zadzwonił po nas, a że my, jak na staruszków przystało w piżamkach już dogorywaliśmy, to biegiem naciągnęliśmy cokolwiek na siebie i w biegu złapaliśmy: ja -latarkę i jedzenie, R- transporter i w długą.
Szliśmy z Synem za Mefim, bo łajza nam uciekała i niestety, uciekła. Rozdzieliliśmy się więc. Nie wiem, gdzie poszli chłopacy, ale ja przetrząsałam krzaki i drzewa przed blokiem za nami ( w sensie-za naszym blokiem ;) ).
Nie było go tam jednak. I jak już odchodziłam z tego miejsca, usłyszałam nieśmiałe miaaaauuuu. Zatrzymałam się, ale dupa-nic nie widzę w tych egipskich ciemnościach. Na szczęście coś zamiauczało znowu. Ale nadal nic nie widziałam. Godzina prawie 23, Syn zabrał latarkę, byłam zdana na moje, niezbyt sprawne oczęta.
Ale w końcu go zobaczyłam- siedziało toto we wnęce okna piwnicznego i żałośnie miauczało raz po raz. Podchodziłam do niego bardzo ostrożnie w strachu, że zwieje. Podeszłam całkiem blisko, schyliłam się do niego a on zniknął w czeluściach piwnicy! F.U.C.K. Okno było uchylone. Tracąc już resztki nadziei, wysypałam na rękę jego ulubione krakersy, wyciągnęłam w jego stronę i wołam: Mefi! Mefi! Masz!
Wyszedł! Duszę miałam na ramieniu, czekałam cierpliwie aż kot w całości przejdzie na tę stronę okna i wzięłam go na ręce. Po zjedzeniu kilku krakersów zaczął się wyrywać. No nie utrzymam gada- pomyślałam i zaczęłam rozglądać się za moimi facetami. Nic, ani widu, ani słychu.
Nie zważając na późną godzinę, a co za tym idzie ciszę nocną, zaczęłam się drzeć: Syyyyynuuuuuuuuu!!!!! Syyyyynuuuuuuuuuu! Nadal nic...Syna nie ma, Mefi się wyrywa, ja bliska obłędu pędzę w stronę naszego bloku. Nagle w ciemnościach pojawił się małż i podciągając w biegu opadające spodnie od piżamy, przybył mi z odsieczą. Zapakowaliśmy Mefulca do transportera i wtedy dopiero trochę odetchnęliśmy.
Już bez żadnych problemów zanieśliśmy go do domu, gdzie w napięciu czekały K i M. M oczywiście się popłakała, ale tym razem z radości, więc siostra nie miała zastrzeżeń ;)
Wszyscy byliśmy, tzn jesteśmy przeszczęśliwi z powrotu naszego kocurka.
A druga rzecz, która mnie bardzo cieszy, to nieobojętność ludzi. Tak, NIEobojętność. Mnóstwo osób się zaangażowało w jego szukanie. Jedni udostępniali fotkę i info na Fb, drudzy szukali fizycznie z latarkami po krzakach, a jeszcze inni dawali nam cynka o widzianych kotach w różnych miejscach....to cieszy :)
Dziękuję :*
Tak, tak...... Syn wczoraj wracając od swojej Dziewczyny przypadkiem go zlokalizował. Zadzwonił po nas, a że my, jak na staruszków przystało w piżamkach już dogorywaliśmy, to biegiem naciągnęliśmy cokolwiek na siebie i w biegu złapaliśmy: ja -latarkę i jedzenie, R- transporter i w długą.
Szliśmy z Synem za Mefim, bo łajza nam uciekała i niestety, uciekła. Rozdzieliliśmy się więc. Nie wiem, gdzie poszli chłopacy, ale ja przetrząsałam krzaki i drzewa przed blokiem za nami ( w sensie-za naszym blokiem ;) ).
Nie było go tam jednak. I jak już odchodziłam z tego miejsca, usłyszałam nieśmiałe miaaaauuuu. Zatrzymałam się, ale dupa-nic nie widzę w tych egipskich ciemnościach. Na szczęście coś zamiauczało znowu. Ale nadal nic nie widziałam. Godzina prawie 23, Syn zabrał latarkę, byłam zdana na moje, niezbyt sprawne oczęta.
Ale w końcu go zobaczyłam- siedziało toto we wnęce okna piwnicznego i żałośnie miauczało raz po raz. Podchodziłam do niego bardzo ostrożnie w strachu, że zwieje. Podeszłam całkiem blisko, schyliłam się do niego a on zniknął w czeluściach piwnicy! F.U.C.K. Okno było uchylone. Tracąc już resztki nadziei, wysypałam na rękę jego ulubione krakersy, wyciągnęłam w jego stronę i wołam: Mefi! Mefi! Masz!
Wyszedł! Duszę miałam na ramieniu, czekałam cierpliwie aż kot w całości przejdzie na tę stronę okna i wzięłam go na ręce. Po zjedzeniu kilku krakersów zaczął się wyrywać. No nie utrzymam gada- pomyślałam i zaczęłam rozglądać się za moimi facetami. Nic, ani widu, ani słychu.
Nie zważając na późną godzinę, a co za tym idzie ciszę nocną, zaczęłam się drzeć: Syyyyynuuuuuuuuu!!!!! Syyyyynuuuuuuuuuu! Nadal nic...Syna nie ma, Mefi się wyrywa, ja bliska obłędu pędzę w stronę naszego bloku. Nagle w ciemnościach pojawił się małż i podciągając w biegu opadające spodnie od piżamy, przybył mi z odsieczą. Zapakowaliśmy Mefulca do transportera i wtedy dopiero trochę odetchnęliśmy.
Już bez żadnych problemów zanieśliśmy go do domu, gdzie w napięciu czekały K i M. M oczywiście się popłakała, ale tym razem z radości, więc siostra nie miała zastrzeżeń ;)
Wszyscy byliśmy, tzn jesteśmy przeszczęśliwi z powrotu naszego kocurka.
A druga rzecz, która mnie bardzo cieszy, to nieobojętność ludzi. Tak, NIEobojętność. Mnóstwo osób się zaangażowało w jego szukanie. Jedni udostępniali fotkę i info na Fb, drudzy szukali fizycznie z latarkami po krzakach, a jeszcze inni dawali nam cynka o widzianych kotach w różnych miejscach....to cieszy :)
Dziękuję :*
wtorek, 25 sierpnia 2015
Wielki smutek
Zaginął nam kotek. Domowy. Jeden z dwóch naszych kochanych kociaków. Mefi.
To było wczoraj rano. Małż wstając do pracy zauważył jego brak, gdy nie przybiegł, jak zwykle, na jedzenie. Nie wiemy, co się stało. Albo wieczorem wyskoczył z balkonu, albo w nocy czmychnął na klatkę pomiędzy nogami Syna wracającego z nocnych wojaży.
Nie wiemy.....szukamy go od wczorajszego świtu. Przetrząsnęliśmy wielokrotnie piwnice, klatki schodowe i nasze osiedle. Poinformowaliśmy schronisko (może ktoś go znajdzie i tam odwiezie), porozwieszaliśmy ogłoszenia-plakaty na słupach i drzewach, daliśmy ogłoszenie do lokalnej gazety. Szukamy o różnych porach doby szeleszcząc karmą w woreczku na zachętę, pewnie jest głodny. Co jeszcze możemy zrobić???
Czekać.....podobno koty wracają...prawie zawsze. A więc czekamy pogrążeni w wielkim smutku.
Koleżanka- znawczyni kotów powiedziała, że najlepiej ich szukać pomiędzy 2-4 w nocy, ok, dzisiejsza noc należy do nas. Trzymajcie kciuki..
Dziewczyny się wspierają: K zabroniła M płakać przez miesiąc. Powiedziała, że jak po miesiącu się kociak nie znajdzie, to wtedy wolno jej płakać dopiero....
To było wczoraj rano. Małż wstając do pracy zauważył jego brak, gdy nie przybiegł, jak zwykle, na jedzenie. Nie wiemy, co się stało. Albo wieczorem wyskoczył z balkonu, albo w nocy czmychnął na klatkę pomiędzy nogami Syna wracającego z nocnych wojaży.
Nie wiemy.....szukamy go od wczorajszego świtu. Przetrząsnęliśmy wielokrotnie piwnice, klatki schodowe i nasze osiedle. Poinformowaliśmy schronisko (może ktoś go znajdzie i tam odwiezie), porozwieszaliśmy ogłoszenia-plakaty na słupach i drzewach, daliśmy ogłoszenie do lokalnej gazety. Szukamy o różnych porach doby szeleszcząc karmą w woreczku na zachętę, pewnie jest głodny. Co jeszcze możemy zrobić???
Czekać.....podobno koty wracają...prawie zawsze. A więc czekamy pogrążeni w wielkim smutku.
Koleżanka- znawczyni kotów powiedziała, że najlepiej ich szukać pomiędzy 2-4 w nocy, ok, dzisiejsza noc należy do nas. Trzymajcie kciuki..
Dziewczyny się wspierają: K zabroniła M płakać przez miesiąc. Powiedziała, że jak po miesiącu się kociak nie znajdzie, to wtedy wolno jej płakać dopiero....
piątek, 21 sierpnia 2015
Cukier gorszy od tłuszczu??
Pod takim tytułem ostatnio telewizja TVN Style wyemitowała program o szkodliwości cukru. Żadne wielkie odkrycie. Z mężem też stwierdziliśmy, że nic, czego już byśmy nie wiedzieli ten program nam nie ukaże, ale...
Utwierdził nas w przekonaniu, ,ze dobrze robimy od wielu lat wystrzegając się większych ilości cukru, a biała mąkę, kiedy tylko się da, zastępujemy mąką z pełnego przemiału, nieprzetworzoną. Nieeee, ortodoksami nie jesteśmy, spożywamy cukier, ale jednak uważam, że w małych ilościach. Wyjątkami są imprezy urodzinowe, czy Święta, ale to raptem kilka/kilkanaście dni w roku.
Wracając do programu- pokazaliśmy go naszym dzieciom i również, mimo posiadania wiedzy, jaką im wpoiliśmy, wstrząsnął nimi. Zwłaszcza panną M.
Od obejrzenia tego programu M zjada mniej węglowodanów, albo np. zamienia częściowo ziemniaki w obiedzie na więcej warzyw, a K, która jeszcze 2 miesiące temu lała rzewne łzy nad talerzem z dorszem, w ciągu tygodnia wszamała go już dwa razy, za każdym razem piejąc peany na jego cześć ;)
Czy się taka tendencja utrzyma?? Nie wiem. Ale żywię taką nadzieję, a zwłaszcza na to, że teraz 3 razy się zastanowią, zanim sięgną po jakiś sklepowy shit.
Utwierdził nas w przekonaniu, ,ze dobrze robimy od wielu lat wystrzegając się większych ilości cukru, a biała mąkę, kiedy tylko się da, zastępujemy mąką z pełnego przemiału, nieprzetworzoną. Nieeee, ortodoksami nie jesteśmy, spożywamy cukier, ale jednak uważam, że w małych ilościach. Wyjątkami są imprezy urodzinowe, czy Święta, ale to raptem kilka/kilkanaście dni w roku.
Wracając do programu- pokazaliśmy go naszym dzieciom i również, mimo posiadania wiedzy, jaką im wpoiliśmy, wstrząsnął nimi. Zwłaszcza panną M.
Od obejrzenia tego programu M zjada mniej węglowodanów, albo np. zamienia częściowo ziemniaki w obiedzie na więcej warzyw, a K, która jeszcze 2 miesiące temu lała rzewne łzy nad talerzem z dorszem, w ciągu tygodnia wszamała go już dwa razy, za każdym razem piejąc peany na jego cześć ;)
Czy się taka tendencja utrzyma?? Nie wiem. Ale żywię taką nadzieję, a zwłaszcza na to, że teraz 3 razy się zastanowią, zanim sięgną po jakiś sklepowy shit.
czwartek, 20 sierpnia 2015
Skutki uboczne...
Wczoraj zauważyłam, że M ma znowu ubytki tkanki w udzie i ramieniu. To efekt uboczny stosowania insuliny. Na razie są one bardzo małe, prawie niewidoczne gołym okiem, ale są. I nie znikną, a już na pewno nie same, wręcz przeciwnie, mogą się powiększyć. Diabetolog zaleciła nam smarowanie tych miejsc maścią sterydową i masaże.
No i oczywiście już nie możemy jej tam zakładać wkłuć i podawać insy. A to niezbyt dobrze, bo im więcej miejsc do wkłuć, tym większa rotacja między nimi, czyli tym większe przerwy czasowe i tym więcej czasu na regenerację.
Do tej pory kłuliśmy: prawe ramię, lewe ramię, prawe udo, lewe udo, prawy pośladek, lewy pośladek. Wkłucie zmieniamy co 3 dni, a więc każde z tych miejsc kłuliśmy co 18 dni. Teraz ten czas zmalał do 12 dni :(
A jeszcze przecież potrzebujemy miejsca do sensora Libry....
Przez 10 dni będę jej smarować miejsca z ubytkami maścią sterydową i robić masaże. Potem 6 tygodni przerwy i powtórka.
Trzymajcie kciuki proszę, aby te zabiegi przyniosły spodziewane efekty.
No i oczywiście już nie możemy jej tam zakładać wkłuć i podawać insy. A to niezbyt dobrze, bo im więcej miejsc do wkłuć, tym większa rotacja między nimi, czyli tym większe przerwy czasowe i tym więcej czasu na regenerację.
Do tej pory kłuliśmy: prawe ramię, lewe ramię, prawe udo, lewe udo, prawy pośladek, lewy pośladek. Wkłucie zmieniamy co 3 dni, a więc każde z tych miejsc kłuliśmy co 18 dni. Teraz ten czas zmalał do 12 dni :(
A jeszcze przecież potrzebujemy miejsca do sensora Libry....
Przez 10 dni będę jej smarować miejsca z ubytkami maścią sterydową i robić masaże. Potem 6 tygodni przerwy i powtórka.
Trzymajcie kciuki proszę, aby te zabiegi przyniosły spodziewane efekty.
wtorek, 18 sierpnia 2015
Armagedon
Z soboty na niedzielę pojechałam z dziewczynami i moja psiapsiółą pod namiot, nad jezioro. Byłyśmy tam już przed południem i po rozbiciu namiotu zaraz na plaże poszłyśmy. Woda była ciepła, powietrze upalne, więc dziewczyny prawie non stop w wodzie siedziały :)
Dzięki dużej ilości ruchu M miała cały czas piękne cukry. Nie wkurzyło nas nawet odklejone wkłucie, bo przezornie zabrałam zapasowe. Na obiad wtrząchnęłyśmy niezdrowy fastfood, a cukry nadal były w normie :)
Uwielbiam takie momenty... Super spędzałyśmy czas :)
Chwilę przed 18 nagle zaczęło wiać. W sekundzie zrobiło się ciemno, a wiatr zamienił się w mały huragan, który rzucał nam piasek w oczy. W tempie ekspresowym pozbierałyśmy nasze rzeczy i uciekłyśmy do namiotu.
M w namiocie zaczęła płakać ze strachu, bo faktycznie wesoło nie było. Namiot się na nas kładł, na szczęście wytrzymał tę niespodziewaną próbę i nie odfrunął. Trzeba było dobić kilka śledzi tylko ;)
W końcu przyszła burza i zaczęło lać. I tu znowu namiot się sprawdził, bo mimo kilkugodzinnej ulewy nie przeciekł.
Martwiłyśmy się bardzo o psiapsiółowego syna, który w błogiej niewiedzy wyruszył do nas na rowerze i po drodze zaskoczył go żywioł. Miał ogromne szczęście-dojechał do nas cały i zdrowy.
Kilka km dalej pod namiotami był również mój syn z ekipą. Zwinęli "obóz" i jakiś życzliwy pan przewiózł ich razem z namiotami w bezpieczne miejsce.
Rano naszym oczom ukazał się krajobraz po burzy: powalone ogromne drzewa i pływające w jeziorze dziesiątki połamanych gałęzi. Na polu namiotowym nie było też wody i prądu. Ale znowu była ładna pogoda, więc po zjedzeniu śniadania poszłyśmy na plażę.
Ludzie o niczym innym nie rozmawiali, tylko o tej nawałnicy, która zostawiła po sobie obraz nędzy i rozpaczy, zwłaszcza w okolicznych miejscowościach. Na jeziorze poszukiwano dwóch mężczyzn, którzy w trakcie burzy pływali rowerkiem wodnym i rower ten znaleziono pusty. Ale na szczęście odnaleźli się żywi.
Nawałnica popsuła nam biwakowanie i plażowanie, ale i tak to był bardzo fajny wypad i mam nadzieję, że będzie takich więcej, chociaż już pewnie nie w tym roku, bo lato nieuchronnie chyli się ku końcowi.
Dzięki dużej ilości ruchu M miała cały czas piękne cukry. Nie wkurzyło nas nawet odklejone wkłucie, bo przezornie zabrałam zapasowe. Na obiad wtrząchnęłyśmy niezdrowy fastfood, a cukry nadal były w normie :)
Uwielbiam takie momenty... Super spędzałyśmy czas :)
Chwilę przed 18 nagle zaczęło wiać. W sekundzie zrobiło się ciemno, a wiatr zamienił się w mały huragan, który rzucał nam piasek w oczy. W tempie ekspresowym pozbierałyśmy nasze rzeczy i uciekłyśmy do namiotu.
M w namiocie zaczęła płakać ze strachu, bo faktycznie wesoło nie było. Namiot się na nas kładł, na szczęście wytrzymał tę niespodziewaną próbę i nie odfrunął. Trzeba było dobić kilka śledzi tylko ;)
W końcu przyszła burza i zaczęło lać. I tu znowu namiot się sprawdził, bo mimo kilkugodzinnej ulewy nie przeciekł.
Martwiłyśmy się bardzo o psiapsiółowego syna, który w błogiej niewiedzy wyruszył do nas na rowerze i po drodze zaskoczył go żywioł. Miał ogromne szczęście-dojechał do nas cały i zdrowy.
Kilka km dalej pod namiotami był również mój syn z ekipą. Zwinęli "obóz" i jakiś życzliwy pan przewiózł ich razem z namiotami w bezpieczne miejsce.
Rano naszym oczom ukazał się krajobraz po burzy: powalone ogromne drzewa i pływające w jeziorze dziesiątki połamanych gałęzi. Na polu namiotowym nie było też wody i prądu. Ale znowu była ładna pogoda, więc po zjedzeniu śniadania poszłyśmy na plażę.
Ludzie o niczym innym nie rozmawiali, tylko o tej nawałnicy, która zostawiła po sobie obraz nędzy i rozpaczy, zwłaszcza w okolicznych miejscowościach. Na jeziorze poszukiwano dwóch mężczyzn, którzy w trakcie burzy pływali rowerkiem wodnym i rower ten znaleziono pusty. Ale na szczęście odnaleźli się żywi.
Nawałnica popsuła nam biwakowanie i plażowanie, ale i tak to był bardzo fajny wypad i mam nadzieję, że będzie takich więcej, chociaż już pewnie nie w tym roku, bo lato nieuchronnie chyli się ku końcowi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
